„Kiedy się nie jest prawdziwym, to wychodzi g***o”. Projektant Marek Wójcicki o sztuce, Paryżu i pandemii

2020-10-29
„Kiedy się nie jest prawdziwym, to wychodzi g***o”. Projektant Marek Wójcicki o sztuce, Paryżu i pandemii

Jest w Warszawie magiczne miejsce dla kobiet, które pragną od życia więcej. To butik Kate&Kate z unikatową biżuterią. Właścicielka Kasia jest headhunterką talentów i przemierza świat w poszukiwaniu projektantów, artystów, rzemieślników – a następnie sprowadza ich wytwory, udostępniając Polkom modę na światowym poziomie.

Kiedy butik dopiero raczkował, pojawił się w nim skromny mężczyzna o wielkim talencie. Znalazł wzmiankę w prasie i pomyślał: oto wreszcie szansa, żeby zacząć sprzedawać swoją biżuterię w Polsce. Marek Wójcicki nie miał wtedy jeszcze swojego brandu i postanowił pokazać Kasi projekty zupełnie inne niż wszystko. Kasia tymczasem była oszołomiona, że człowiek, który na co dzień pracuje w Paryżu z największymi nazwiskami w modzie, chce sprzedawać w jej niewielkim butiku. I zakochała się w jego koliach z piór. Tak zaczęła się wieloletnia przyjaźń. Do dziś Marek pozostaje jedynym Polakiem w stajni Kate&Kate.

Marek Wójcicki w trakcie nanoszenia swoich wizji na rzeczywistość. Pracuje z użyciem piór – od tego jest w końcu specjalistą – nad nową kolekcją haute couture dla Swarovskiego. Gotowe dzieła zobaczą tylko wybrani. Do sklepów na całym świecie trafią za to produkty zainspirowane wizją Polaka.

Dlaczego Paryż, a nie Warszawa?

Ja bym się chętnie do Warszawy przeprowadził! Ale tam już jestem od trzynastego roku życia. Zmusiła mnie sytuacja rodzinna. I w sumie dobrze mi się tam pracuje, ale mocno podzielony jestem. Ja się szybko nudzę, muszę coś robić ciągle.

 

W Paryżu jest pod tym względem łatwiej?

W Paryżu jest świat mody. Mam tam wyrobione kontakty od dawien dawna.


Czyli to pragmatyczny wybór?

Tak. Ale to tylko kwestia organizacji, bo chętnie bym się zainstalował tutaj. Marzy mi się spokojny domek w lesie, z dala od zgiełku miasta. Będąc małym chłopcem, spędzałem wakacje u babci właśnie w takim miejscu, na odludziu, i mam z tego czasu piękne wspomnienia. Ale ja jestem trudny. Zaraz bym chciał znowu coś zmieniać. Dopiero muszę się nauczyć cieszenia się chwilą. Tylko kiedy tworzę, to czuję się na swoim miejscu.


A takie życie wielkiego miasta – wernisaże, koncerty, eventy... To jest ważne?

Oczywiście, sztuka jest ważna, ale nie za bardzo mi się podoba ten świat. Jest pełen pozerii, a to mnie wkurza strasznie. W modzie też, chociaż może to zależy od stanowiska. A ja lubię naturalnych ludzi. Jak się coś kreuje, tworzy, to trzeba to robić całym sobą. Kiedy się nie jest prawdziwym, to wychodzi gówno. I tyle. Oczywiście, można się zasugerować nowymi trendami, ale trzeba być ostrożnym. Kiedy coś jest zbyt powszechne, powtarzalne, to staje się obciachowe. W tworzeniu zawsze musi być twoje DNA. Żeby można się było identyfikować z tym, co się robi. Bez pozerii.


Czyli tak po trochu ze wszystkiego wyciągasz coś, co do ciebie przemawia?

Nie, ja nie myślę cały czas o tym, co mam zrobić. To się chowa w podświadomości i wychodzi, kiedy jestem we właściwym stanie koncentracji.


Inspiracje ze świata się same zbierają, a potem w odpowiednim momencie...

Wcale nie wiem, czy w odpowiednim.


No dobra, w jakimś momencie.

Tak, w jakimś momencie coś się pojawia i wtedy trzeba zacząć. A pomysłów jest dużo.


Czy praca nad kolekcjami haute couture dla Swarovskiego, gdzie musisz jednak kreować z regularnością, nawet jak nie ma natchnienia, jest wyzwaniem?

Ja lubię wyzwania. Czasami się pracuje po prostu dla wygody finansowej, jasne, ale w Swarovskim dają mi dużo wolnej ręki. Znamy się w końcu już 20 lat. Mają wygodnie ze mną. Zajmują się tylko dostawą na czas kamieni, a ja działam, proponuję, wysyłam zdjęcia. Potem jeszcze dwa, trzy spotkania i gotowe. Kiedy Nathalie Colin, dyrektor kreatywna Swarovskiego, zaakceptuje dany model, to jest gotowy. Robimy różne rzeczy, od meksykańskich pancho po korony, suknie, naramienniki... To w końcu haute couture. Ale też kiedy jakiś element się nie przyjmie w Swarovskim, a bardzo do mnie przemawia, to potem może mnie zainspirować do własnych projektów.

Naramiennik za kilkanaście tysięcy euro, ogromna kolia w stylu disco i migoczące poncho. Podążanie ścieżkami wyobraźni Wójcickiego to niesamowita, estetyczna przygoda. Jego kolekcje haute couture mają inspirować.

Jak udaje ci się łączyć pracę nad własnym brandem z projektowaniem dla Swarovskiego?

Jest spora presja i czasami muszę gonić. Kiedy poświęcam czas na couture dla Swarovskiego, to potem butiki dzwonią, że klientki już czekają na moje nowe kolekcje.


A masz pomysły na twórczość poza modą?

Tak. Mam czasem pomysły związane na przykład z projektowaniem wnętrz. Ekskluzywne hotele, bogate domy, gdzie ludzie chcieliby mieć coś unikalnego, oryginalnego i cool. Myślę o światłach LEDowych albo rzeźbach – kompozycjach metalowych z kryształami Swarovskiego i piórami. Na pewno bym robił rzeczy, które ja bym chciał mieć, a nie na zamówienie.


A to ciekawe, bo mówisz o rzeczach, które chciałbyś mieć, a jednak projektujesz biżuterię dla kobiet.

Tak, ja nie noszę biżuterii... Jest to jakiś sposób ekspresji artystycznej i tyle. Może więc nie „co bym chciał mieć”, ale „co zaspokaja moje oczekiwania”. Realizowanie własnych pomysłów zwyczajnie cieszy. W sumie ta droga ku biżuterii zaczęła się w szkole, gdzie kreowaliśmy różne rzeczy z piór. Do rewii w Lido na przykład. Trafiłem na praktyki do Erika Halleya, który kreował dla Ungaro, McQueena, Muglera. Przychodził też wtedy jeszcze mało znany Jeremy Scott. Imponowała mi praca tych ludzi. Ich wolność. Tam aż chciało się przychodzić i coś robić. Oczywiście, fashion weeki były wykańczające. Niektórzy się czymś wspomagali, żeby dotrwać do rana, ale mnie to na szczęście nie kręci. Czasami trzeba było w ciągu godziny coś zaproponować, bo trzy inne propozycje odpadły. Musieliśmy opanować stres i mieć dużo siły. Ale pamiętam też fajne prywatki, do Halleya przychodziło mnóstwo ciekawych ludzi, w tym znanych, i było zawsze całkiem na luzie. Zresztą to też on przedstawił mnie Danielowi Swarovskiemu. Halley się liczył.

Młody Marek prezentuje swoje projekty Stefanie Powers, amerykańskiej aktorce i producentce. W jego biżuterii chodzili również m.in. Björk czy David Bowie.

Chciałbyś coś jeszcze zrobić z piór?

Tak, pióra często pojawiają się w moich kolekcjach couture. Są lekkie i robią wrażenie. To wspaniały, zjawiskowy materiał, ale też dosyć kosztowny. Pracuję teraz nad nową kolekcją i mogę tylko mieć nadzieję, że jeżeli ktoś mnie lubi jako projektanta to się podda mojej wizji i będzie chciał mieć coś osobistego. Ale chcę też zrobić coś prostego, co kobiety mogą nosić na co dzień, do biura. Mosiądz galwanizowany złotem, mało kamieni.


Masz na myśli industrialny minimalizm?

Musi być trochę minimalizmu, bo to nie będzie couture. Butiki chcą sprzedawać. Ale słyszałem, że niektóre klientki narzekają: „To nie jest Marek Wójcicki, bo to jest za małe.”


Wolisz bardziej ekskluzywne projekty od takich do noszenia na co dzień?

Jedno i drugie mnie interesuje. Chcę ubierać kobiety na różne okazje. Nic nie sprawia mi takiej przyjemności, jak kiedy mówią, że moja biżuteria dodaje im odwagi i energii do działania.


Malujesz, prawda?

Tak, ale teraz rzadziej mam czas, a nie lubię opowiadać o tym, czego nie ma. Zazwyczaj zaczynam od twarzy i to mi daje historię. Czasem abstrakcja, czasem jakiś blok, radio, kolega. Ale w centrum jest człowiek. Najczęściej jednak szkicuję biżuterię, bo to moja praca.


A w działalności komercyjnej też w centrum jest człowiek?

Tu raczej pierwszą inspiracją jest jakiś przedmiot, element, kształt... Ale człowiek jest zaraz dalej, na drugim miejscu, bo przecież o to chodzi, żeby ktoś tę biżuterię nosił. Robię przymiarki prototypów na żonie i ona mi mówi, jak kolczyki jej ciążą albo bransoletka się trudno zapina. Może mi się coś podobać jako obiekt i się trochę na te uwagi żony podenerwuję, ale przecież ja też bym nie chciał, żeby mi coś cały dzień klikało.


Konsultujesz z żoną pomysły?

Raczej nie, bo ja pomysły traktuję bardzo osobiście. Nie lubię, jak ktoś się wtrąca, to psuje cały
cykl tworzenia. No i ona wie, że jestem nerwus... Ale tylko trochę.


A chodzi w twoich projektach?

Wyłącznie!


Bo musi czy bo chce?

Oczywiście, że chce. Nie jestem tyranem. Czasami się nawet denerwuje, że nie może czegoś założyć, bo akurat będę to wysyłał gdzieś do butiku.


Pytam, bo jestem ciekawa, czy wpływa na ciebie kobieca perspektywa.

Wpływa, tak. Często kartkuję czasopisma i wybieram sobie jakąś kobietę, która ma osobowość i styl. I robię pod nią. Wieszam sobie kilka takich kobiet i się zastanawiam, co by założyły, co by im pasowało. Kiedyś też przygotowywałem sobie takie patchworki pomysłów: plaża, kamienie, kolory, kawałek basenu, no i te twarze kobiet, różne style – lata 60-te, 80-te. To pomaga w tworzeniu.


A muzyka?

Też pomaga. Ostatnio myślałem o Jimim Hendriksie. Żeby zrobić kolekcję nawiązującą do jego stylu, tych kolorowych koralików... Ale z elementami nowoczesności. Nie zamierzam wracać do lat 70-tych.


Czyli rockowo?

Tak, zdecydowanie. Dorastałem, słuchając Bowiego i Madonny. Nawet miałem okazję, jeszcze jak pracowałem dla Halleya, zaprojektować kolczyk dla mistrza Davida. Miłe wspomnienie! Potem teledyski Red Hot Chilli Peppers czy Nirvany. Kręcili je mistrzowie, ale muszę przyznać, że trochę mnie przybijały. A ja z natury bywam depresyjny. Teraz chcę się żywić bardziej pozytywną energią. Potrzebuję ludzi z pasją i fajnych projektów. Tylko nie gadania o tym, ale robienia. Na przykład nie lubię mówić o kolekcjach, których jeszcze nie ma. Nie jestem dobry w marketingu. Zwłaszcza że potem podczas tworzenia się często okazuje, że zupełnie co innego wychodzi, niż miałem w głowie. Coś znajduję fajnego i mam ochotę odbiec od projektu.


Na przykład co?

No, na przykład przez takie odbiegnięcie wymyśliłem kolekcję z insektami. Tyle tam jest cudowności do zauważenia. Pasjonują mnie filmy przyrodnicze. Natura jest w ogóle dla mnie ważna. Czasem coś ciekawego zobaczę, jak biegam. Tam, gdzie mieszkam pod Paryżem, jest bardzo fajnie. Dużo lasów, zieleni, niska zabudowa. Podczas pandemii przynajmniej nie czułem się zamknięty, mogłem chodzić z psem na spacery. Któregoś dnia trafiłem na jednym z tych spacerów niemalże do nieba. Byłem sam, piesek był cichutko i otaczały mnie niebieskie kwiaty. Jakbym umarł. Ale w swojej kolekcji raczej nie widzę niebieskich kwiatów. Wolę graciarnie, szroty samochodowe, rozjechanego gołębia. To znaczy, oczywiście, szkoda gołębia, ale fajnie wygląda takie zabłocone, podarte pióro.

W haute couture liczy się zarówno talent, jak umiejętności. Misterne kompozycje Wójcickiego wymagają wielu, wielu godzin spędzonych na karkołomnym, rzemieślniczym konstruowaniu. Efektem jest przekraczanie kolejnych granic, powoływanie nowych trendów i... przepiękne fotografie modowe. Klienci? Głównie bogacze z Dubaju.

Pandemia wpłynęła na twoją pracę?

Podłamała mnie. Jeśli chodzi o branżę modową, to wszystko działa w zwolnionym tempie. Ale odbyły się już pierwsze pokazy, więc bądźmy dobrej myśli.


Nie masz swojego warsztatu?

Nie. Ewentualnie mógłbym coś wynająć małego, tylko gdzieś blisko domu, w tym samym bloku, bo nie lubię dojeżdżać. Albo może kiedyś w Polsce...


Z Markiem rozmawiała Natalia Aleksandra Komarow

Pokaż więcej wpisów z Październik 2020
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixelpixelpixelpixelpixelpixelpixelpixel