„Dziś wiem, że jestem tą dziewczyną, która zrobiła pierwszy krok.” O sztuce i marzeniach z Martą Krajentą

2022-01-27
„Dziś wiem, że jestem tą dziewczyną, która zrobiła pierwszy krok.” O sztuce i marzeniach z Martą Krajentą

W nowej serii wywiadów rozmawiam z naszymi klientkami, które tak jak Kate postanowiły odważyć się i dokonać w życiu kolosalnych zmian. Z kobietami, które mają pasje i żyją po swojemu. Same wyznaczają sobie cele i odkrywają przed nami nowe, fascynujące kawałki świata. Zakładają własne firmy i pokazują, że ryzyko się opłaca. Bo prawdziwy sukces to żyć w zgodzie ze sobą!

Kate poznała Martę Krajentę wkrótce po otwarciu butiku. Wybrała przepiękne kolczyki Ericson Beamon we fiolecie. Marta ma niesamowity gust, zawsze wynajdowała w naszych szufladkach absolutnie najpiękniejsze unikaty. Została naszą amabasadorką i modelką. Po latach pięcia się po drabinie kariery w dużych firmach przeszła na swoje, zakładając galerię. Flow Art House w Fabryce Norblina to owoc zarówno pasji, jak i dojrzewania do tego, że warto ufać samej sobie i swojej intuicji.

"Wybór sztuki – im bardziej szczery, tym bardziej wartościowy." Marta podkreśla, że jeśli masz na co dzień obcować z obiektem artystycznym, to niech to będzie coś, co wzbudza w tobie szczere emocje. Podobnie wygląda jej podejście do biżuterii. Na co dzień do galerii Marta chętnie nosi proste, wygodne ubrania i artystyczne kolczyki – np. te od Ericson Beamon z Nowego Jorku, kupione w pierwszych miesiącach od otwarcia Kate&Kate ;)

Czym jest dla ciebie sztuka?

Sztuka pozwala nam definiować siebie, budować światopogląd, wyrażać się. Dodaje nam siły, kiedy trzeba nam siły. Dodaje energii, kiedy potrzebujemy energii. Ale niesie też ciszę, medytację. Dużo mam w galerii obiektów eleganckich, wysublimowanych, minimalistycznych. Stworzonych przez artystów, którzy mogliby wymalować wszystko, ale świadomie ograniczają płótno do jednego koloru. Wchodzimy w duchowość, w zadumę. Za dziełem sztuki stoi człowiek i jego filozofia. Ja myślę, że sztuka się łączy z psychologią, bo niesamowicie rozwija i wzmacnia naszą osobowość.

Dochodziłaś do tego, czy miałaś tak od zawsze?

Jako dziecko ciągle malowałam, rysowałam. Wręcz w sposób medytacyjny. Miałam swoje motywy przewodnie, głównie przyrodę. Brat mojej mamy miał całą ścianę w akwariach. Pamiętam, jak siedziałam przed nimi i rysowałam te rybki, roślinki, bąbelki powietrza... W siódmej czy ósmej klasie zaczęłam też pisać poezję. Myślę, że chodziło przede wszystkim o obcowanie z pięknem. To były lata 80-te, początki lat 90-tych, nie można było się ubrać jak teraz. Przerabiałam więc rurki na dzwony, wszywając kawałek materiału, malowałam martensy. To był mega twórczy okres. Marzyłam o liceum plastycznym, ale nie było mojej rodziny na to stać, poszłam do ogólniaka. I pozostało mi takie zaparkowane marzenie.

Studiowałaś historię sztuki?

Nie. W liceum obok zamiłowania do sztuki pojawiła się też fascynacja filozofią i psychologią, więc wybrałam studia psychologiczne. Ale jak przyjechałam do Warszawy, to żeby się utrzymać, zaczęłam dorabiać w modelingu. To było dla mnie totalne otwarcie na piękno, na podróże, na współpracę z osobami turbo twórczymi. Od projektantów i fotografów, po makijażystów, reżyserów światła, muzyki, choreografów.

Jak wspominasz czasy modelingu? Wiadomo, że ten biznes ma swoje mroczne strony...

Miałam poczucie, że jestem w świecie sztuki, i to mnie chyba uchroniło. Nie płynęłam w to, że mam być najpiękniejsza, najlepsza i mieć karierę, bo ja się po prostu każdego dnia cieszyłam, że jestem w takim świecie. Że mogę się obudzić w Mediolanie czy Paryżu, przebywać wśród tkanin, guziczków, wykończeń... Karmiło mnie to i ćwiczyło moje oko.

"To niesamowite, że jesteśmy tu u mnie w galerii w pierwszych miesiącach jej życia, bo ja tak samo trafiłam do Kasi – w pierwszych miesiącach działania jej butiku, jej galerii..." Kasia wspomina, że wizyty Marty w butiku zawsze były ekscytujące, ponieważ potrafiła docenić najbardziej nietuzinkowe unikaty. Kolorowy naszyjnik z papugą czy fioletowe kolczyki Erickson Beamon. Wspólne poszukiwania piękna w rzeczywistości zaowocowały sesjami zdjęciowymi, w których Marta wystepowała jako modelka i ambasadorka butiku.

A psychologia?

Skończyłam psychologię kliniczną i robiłam praktyki w szpitalu psychiatrycznym. Okazało się, że jestem zbyt wrażliwa. Trzeba się ubrać w naprawdę grubą skórę, żeby mieć siłę do pracy z takimi tematami. Szczególnie, że w naszym kraju to nie tylko kwestia psychologii, ale też w ogóle socjalu. Przeraziło mnie to, nie byłam na to gotowa. Ale rozumiem siebie z tamtego czasu. Trudno osobie z wysoką wrażliwością odnaleźć się w instytucjach państwowych.

Co cię uratowało?

Dzięki temu, że byłam już w świecie modelingu, znałam trochę ludzi, to dostałam propozycję współprowadzenia biura prasowego festiwalu filmów fabularnych w Kazimierzu Dolnym, później Dwa Brzegi. Bardzo mi się spodobało. Na dwa tygodnie tworzysz miasteczko festiwalowe. Trochę taki kwiat paproci, tylko na chwilę. Odkryłam, że w Polsce zaczyna istnieć coś takiego jak event. Poszłam na studia podyplomowe z PR-u, zaczęłam się uczyć. Dostałam pracę w dużej agencji.

Czy PR może mieć coś wspólnego ze sztuką?

Przez 3 lata pracowałam dla marki Absolut i w ogóle nie miałam wrażenia, że to brand alkoholowy. Sztuka to był dla nas środek wyrazu. Nie można reklamować alkoholu, także szliśmy w PR i kreowaliśmy sytuacje... W tamtych czasach brand Absolut był fenomenem. Dla mnie to był przykład, jak można komercyjny produkt połączyć ze sztuką w sposób niewyczuwalny. Absolut zawsze zapraszał artystów do współpracy – Mirosława Bałkę, Arkadiusa, Anię Kuczyńską, Lenny'ego Kravitza. Bardzo się rozwijałam i znowu czerpałam energię od twórczych ludzi wokół. Potem też będąc brand managerem dla różnych marek, wykorzystywałam sztukę, organizowałam wystawy. Sztuka była w moim DNA. Mam ogromną wdzięczność do losu, że mi się udawało ten PR i marketing łączyć ze swoją pasją.

W takim razie co się zmieniło?

Przyszedł koronawirus, który nas wszystkich zatrzymał. Na pierwsze miesiące lockdownu wróciłam do Płocka, do rodziców. Znalazłam się w moim dawnym pokoju, jeszcze udekorowanym suszonymi kwiatami sprzed lat, i pomyślałam sobie, że nie chcę już tylko wplatać sztuki w pracę dla marek. Przyszedł czas, żeby wrócić do tych zaparkowanych w pokoju z dzieciństwa marzeń.

No dobra, ale pomysł to dopiero początek. Co dalej?

Znałam już Marię Windorbską z Des Arte, która zajmuje się biżuterią kolekcjonerską, unikatami. Poszłyśmy na lunch i stwierdziłyśmy: „Jest idealny czas na sztukę. Róbmy to razem!” Dobrze mieć drugą osobę, która razem z tobą chce się czegoś uczyć, rozwijać. Wróciłam do domu i stworzyłam całą strategię dla Flow Art House tak, jakbym tworzyła od zera markę. Miałam kilka kontaktów do artystów, bo sama przez lata budowałam własną kolekcję, obserwowałam też konta artystów, których podziwiałam. Zaczęłam do nich dzwonić, przedstawiać swój pomysł. Początki były bardzo emocjonalne. Pamiętam, że pierwsze rozmowy telefoniczne spinały całe moje ciało.

Pierwsza wystawa we Flow Art House – "Proste komplikacje" Juliusza Kosina z krakowskiej ASP. Dynamiczna abstrakcja, która nie wtapia się we wnętrze, ale nadaje mu charakteru.

Bałaś się?

Bardzo! Sięgałam po swoje największe marzenie i robiłam to po raz pierwszy. W dodatku bez paszportu... My, kobiety, mamy takie przekonanie, że trzeba mieć pokończone szkoły, mieć certyfikaty i dyplomy, żeby mieć prawo się czymś zajmować. Musiałam popracować nad swoją psychiką, nad samoświadomością, odwagą. Samą siebie przekonać, że nie potrzebuję kolejnego dyplomu. Moja super moc to wyszukiwanie piękna. Tak naprawdę ja się boję każdego dnia, ale działam pomimo to. Wiem, że jestem tą dziewczyną, która zrobiła pierwszy krok, a nie tą, która po cichu marzy. Polecam wszystkim!

Początki były trudne?

Spotykałam się z ogromną serdecznością i zaufaniem. Artyści, do których wtedy dzwoniłam, są z nami do dziś. W miesiącach koronawirusowych krok po kroku tworzyłyśmy firmę. Jednym z etapów było poszukiwanie miejsca, brałyśmy udział w przetargach miejskich. Turbo doświadczenie i duża lekcja, to były szalone czasy. Coś się otwierało, po dwóch miesiącach znikało. Jak już nam się coś spodobało, to ktoś nas przebijał. Ale ufałam, że wszystko jest po coś.

Były chwile zwątpienia? Jak sobie radziłaś?

Przyjmowałam to, że jest ciężko, i dawałam sobie dzień na odpoczynek. Na leżenie na kanapie i nie robienie niczego. Poczytałam fajną książkę, obejrzałam po raz dziesiąty Dirty Dancing. I następnego dnia budziłam się z nową energią do działania. W ciszy się rośnie. Trzeba sobie pozwalać na smutek, ból czy niemoc. To są naturalne elementy życia.

Psychika to jedno, ale są też kwestie bardziej przyziemne – pieniądze...

Przez wiele miesięcy żyłam z oszczędności. Przyznam, że sytuacja w tym pomogła. Pozamykane kina i restauracje, nie można było podróżować... Tak naprawdę inwestowałyśmy jak najmniej. Wiedziałam, że w tym ograniczeniu wszystkiego wokół jest dla mnie moc. Wszystko, co umiałam, robiłam sama, a czego nie umiałam – uczyłam się na bieżąco. No i z jednej strony był lęk, że taka sztuka się nie sprzeda, a z drugiej starałam się wierzyć, że są ludzie o podobnej wrażliwości i czułości jak ja, którzy tylko na nią czekają.

Trudno było ich znaleźć?

Na samym początku sprzedawałam osobom, które znam. Wysyłałam katalog do wszystkich, do przyjaciół prywatnych i zawodowych. Czasami ktoś się podekscytował i coś wybrał, a czasami słyszałam: „Fajnie, pani Marto, to będziemy obserwować.” Zawoziłam obiekty do domów, to były pojedyncze sprzedaże.

Widok z zewnątrz na wystawę "Przepływy" Tomasza Prymona (również absolwenta ASP w Krakowie). Piękne, choć lekko niepokojące. Psychodeliczne i ekspresywne, a jednak wnoszą pewien porządek.

Jak udało wam się w końcu trafić do tak pięknej i prestiżowej przestrzeni?

Dzwoniłam po różnych miejscach, wypytywałam i tak właśnie dowiedziałam się o Fabryce Norblina. Okazało się, że planowali program Music Master Class i pomyślałam, że też muszę mieć program – Art Master Class. Skoro chcą wspierać muzyków, to może chcieliby też razem ze mną wspierać artystów? Wysyłałam mejle i wydzwaniałam przez dobre 3 miesiące. To była mega wewnętrzna praca, żeby każdego dnia kontynuować. I bardzo się cieszę, że miałam tę siłę, bo pewnego dnia telefon w końcu zadzwonił. Powiedzieli, że przepraszają, tyle się tu dzieje, przygotowują wielki projekt, nie mieli czasu. Ale przejrzeli moją ofertę, byli zainteresowani. A ja już byłam ze wszystkim gotowa. Miałam stronę, katalog, obiekty sfotografowane.

Czyli galeria już istniała wirtualnie?

Tak! Więc jak zapytali, czy możemy się szybko zdzwonić na zoomie i poznać, to nawet się nie musiałam przygotowywać, wszystko miałam w głowie. Nie ma sprawy, dzwońmy natychmiast! Następnego dnia już miałyśmy spotkanie z panią prezes. Opowiedziałyśmy o naszej kobiecej firmie, o miejscu, które oddaje hołd sztukom pięknym i zbiera ludzi, dla których piękno jest ważne. Ale też takich, którzy chcą poznawać tajniki artystyczne, interpretacje dzieł. Kolejne spotkanie było już w kasku, na budowie. Kiedy podpisywałam umowę, wiedziałam, że dzieje się magia.

Jak wyglądała pierwsza wystawa w Norblinie?

Zadzwoniłam do Juliusza Kosina, związanego z krakowską ASP, żeby się pochwalić, że udało nam się znaleźć przestrzeń. Okazało się, że on właśnie obronił doktorat z malarstwa na zoomie i było mu trochę szkoda, że nie miał wystawy. No to idealnie się złożyło! Trzeba było to uhonorować, zrobić celebrację. Tak powstały Proste komplikacje.

Trudno było się przestawić na inny tryb pracy?

Po raz pierwszy w życiu jestem sobie szefem. Nikt mnie nie pilnuje, nie odbijam karty. Ale wcześniej jak robiłam eventy, to też nikogo nie obchodziło, ile mi to zajmie, tylko liczył się efekt. Tyle, że teraz umawiam się sama ze sobą. Wymaga to dyscypliny, ale kogo mam oszukiwać, siebie? Oczywiście, jak będę miała gorszy dzień, to zawsze mogę wywiesić karteczkę na drzwiach i iść do domu. I chyba ta wolność sprawia, że jeszcze mi się to nie zdarzyło! To jest niesamowite, jak nic nie musisz, tylko możesz.

Marta jest też kuratorką we własnym mieszkaniu. Jej prywatna kolekcja to obiekty, z którymi jest najbardziej związana emocjonalnie.

Jak wybierasz artystów?

Wybieram to, czego nie ma jeszcze na rynku. Numerem jeden jest dla mnie estetyka. Chciałabym, żeby to były obiekty na najwyższym poziomie. Numer dwa to warsztat, kunszt malarski. Szukam artystów z długą historią wystaw, ale też najlepszych dyplomów czy laureatów konkursów typu Bielska Jesień. Godzinami przeglądam profile na Instagramie, kontaktuję się, jeżdżę do pracowni. No i są to po prostu obiekty, które sama bym chciała mieć. Moje prywatne odkrycia. Szukam swoim okiem, a mam oko przede wszystkim do abstrakcji.

Jakie masz plany na przyszłość?

Konkretne plany formułuję na bieżąco, z tygodnia na tydzień. Chciałabym zorganizować spotkania o sztuce dla kobiet. Z moim oprowadzaniem kuratorskim. Żeby opowiedzieć, czemu taka wystawa, czemu ten artysta, jak interpretować dane obiekty. Zaprosić artystkę... To znaczy, ogólnie artystów, ale akurat mam więcej artystek. Myślę, że to jest dobry czas dla kobiet i ja będę zawsze kobiecą sztukę wspierała! W każdym razie, żeby artystka pokazała tajniki sztuki, żebyśmy mogły śmiało porozmawiać, w jaki sposób obiekty się wycenia, jaki jest proces tworzenia. Jak artysta się rozwija, dlaczego zmienia swój gest malarski.

Dlaczego spotkania akurat dla kobiet?

Mój cel jest też taki, żeby zachęcać kobiety do kolekcjonerstwa. W Polsce zajmują się tym głównie mężczyźni. Odważne decyzje zakupowe podejmują mężczyźni, robią to pod kątem inwestycyjnym. Jak dobry adres, dobry samochód, kruszce czy kamienie szlachetne. Kobiety podchodzą do tego nieśmiało i dlatego cykl spotkań, który planujemy, będzie mocno nasączony wiedzą o sztuce. Chciałabym, żeby kobiety mogły powiedzieć: „Jestem prawniczką i kolekcjonerką.” „Jestem mamą i kolekcjonerką.” Żeby się odważyły.

I jakie są twoje rady dla kobiety, która chciałaby zacząć kolekcjonować?

Mam wrażenie, że jako kobiety mamy czasem problem z wyłączeniem głowy. Jesteśmy kształcone do tego, żeby się zawsze wytłumaczyć, wszystko zrozumieć, nauczyć się na pamięć. Zawsze wiedzieć i dostać dobrą ocenę. A przecież sztuki nie trzeba rozumieć. Chcę powiedzieć kobietom: Wyjdź z tej głowy, zajrzyj do swojego serca, do ciała. Tam są wszystkie odpowiedzi. I wybierz to, co ci się po prostu podoba. Bez względu na to, czy ten obiekt kiedyś zyska na wartości, czy nie, bo ty z nim będziesz przebywać. Karm oczy, oglądaj. W Warszawie jest dużo galerii. Żeby wiedzieć, co się lubi, warto też wiedzieć, czego się nie lubi. To nie muszą być wielkie pieniądze i rozpoznawalne nazwiska. Poza tym, jak kupujesz od osoby żyjącej, to realnie wspierasz artystów. Kolekcja to tak naprawdę decyzja. Trzeba się spotkać z samą sobą. Warto też zaufać galerzystom. To osoby, które naprawdę robią research, żeby wybrać rzeczy najlepsze. Moim zadaniem jest dzielenie się i to jest ogromna satysfakcja, kiedy ktoś zobaczy to światło, co ja.

Myślisz, że twoje podejście do sztuki jest nietypowe??

Czasami wchodzę na jakąś wystawę i coś mi się podoba, ale jest jednocześnie za mocne, za trudne. Podejmuje tematy, które mnie naruszają. Oczywiście artyści odpowiadają na sytuację, dlatego teraz jest dużo buntu, agresji, wkurwu, smutku. A z drugiej strony mamy galerie, gdzie zamiast piękna są krzyczące, kolorowe obrazki. Taka dekoracja do domu. Pomiędzy jednym a drugim jest moja wyspa... Wybieram obiekty, które są piękne, ale też stoi za nimi filozofia.

Z Martą Krajentą rozmawiała Natalia Aleksandra Komarow. Pisarka, artystka i miłośniczka wszystkich rzeczy pięknych. Nosi biżuterię z mocnymi motywami – czaszki, gwoździe, krzyże. Największe marzenie? Żeby świat stał się lepszym miejscem. 


Utożsamiasz się z filozofią Kate i też postanowiłaś odważyć się w życiu, pójść własną drogą, zbudować sobie swoją przestrzeń, gdzie możesz się spełniać? Lubisz się wyrażać stylem i dodawać sobie odwagi mocną biżuterią? Napisz do Kasi na WhatsAppie i opowiedz nam o sobie. Umówimy się na rozmowę! Chcemy inspirować kobiety nie tylko do odważnego noszenia artystycznych kolii, ale przede wszystkim – do życia na własnych zasadach!
Pokaż więcej wpisów z Styczeń 2022
pixelpixelpixelpixelpixelpixelpixelpixel